Zapraszamy na bezpłatne porady prawne i psychologiczno-pedagogiczne.
Do Sejmu Penelopa z PiS (zamiast czekać na błądzącego męża) i Heloiza z PO (zamiast klasztoru). Ale czy posłowie zgodzą się na obywatelski pomysł parytetu płci na listach wyborczych?
Prowadzeni przez ubranych na biało bębniarzy (bębniarki ani jednej, co za obciach!) szliśmy pod Sejm - grupa roześmianych kobiet pod pomarańczowymi parasolkami i paru rozanielonych mężczyzn, w tym prof. Wiktor Osiatyński w staromodnych nausznikach.
Wszyscy okropnie zadowoleni, a niektóre z nas, szczególnie dumne, dźwigały pudła z 70 tys. podpisów pod ustawą o parytecie płci na listach wyborczych. Podpisy też się cieszyły, bo miały dołączyć do 51 tys. koleżanek i kolegów już wcześniej zaniesionych marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu.
Z kolei dumą marszałka Bronisława jajakonserwatysty („ja jako konserwatysta") jest to, że „osobiście jest przeciw parytetowi". To znaczy kocha kobiety, po rękach by całował, życzy jak najlepiej, ale lepiej, by wszystko toczyło się naturalnie.
Naturalnie, ja też bym wolał, bo poganianie demokracji jest zawsze nieco ryzykowne. Tylko marszałkowi - i wielu, wielu Polakom oraz Polkom też - myli się słowo "naturalnie" ze słowem "moralnie", a nawet "demokratycznie".
"Naturalnie" to jest tak, że politycy tworzą listy złożone z kolegów i umieszczają ich na lepszych miejscach. Tak działa parytet kulturowy utworzony przez ukochaną marszałka Pannę Tradycję. Ludzie mają wolność wyboru, ale realizują ją w drugiej kolejności - po politykach, którzy mają wolność wyboru kolegów na liście.
Czyli naturalnie dyskryminacja w polityce jak wszędzie. Jakby było równiej, toby się zaraz fajne polityczki znalazły, bo to zawód jakoś atrakcyjny, dla niektórych ekscytujący, dobrze płatny, a jak ktoś jest jeszcze porządnym człowiekiem, to może go zamienić w życiową misję. Nie polityczek brakuje, tylko równości.
Ale cieszyliśmy się wczoraj bardziej ogólnie, bo te kolorowe pudełka i pomarańczowe parasolki były dowodem na to, że coś się udało w ruchu kobiecych aspiracji, który eksplodował na czerwcowym Kongresie Kobiet, a potem trochę przygasł.
Kobiety mają gorzej, już biologia jest antyfeministyczna (miesiączki, ciąże, porody, przekwitanie). Choć nieporównanie lepiej wykształcone, gorzej zarabiają, nie awansują, wykonują gorsze prace, a jeszcze muszą to wszystko pogodzić z wychowaniem dzieci, a jak dzieci wreszcie sobie pójdą z domu, to z opieką nad rodzicami i teściami, bo dla mężów to oczywiście za trudne zadanie. A na koniec wdowia emeryturka, bo mąż umrze statystycznie o jakieś 12 lat wcześniej (żyjemy krócej o osiem, a o cztery jesteśmy starsi w związkach).
Typowe kobiece kariery? Cierpliwa Penelopa, zbyt ładna Helena, Heloiza w klasztorze, która płaci za miłość do swego nauczyciela (on też pohańbiony, ale kariera kwitnie).
Nie chcę kobiet idealizować. Są i głupie. Takie też zostaną polityczkami, wypychając z Sejmu równie głupich polityków, ale per saldo powinno się opłacić.
Będzie w Sejmie ładniej (wolno tak?), bardziej merytorycznie, mniej ambicjonersko. No i może przeszedłby taki skandynawski przepis, by urlop wychowawczy był płatny w proporcji do zarobków. Wtedy rodzinie opłacałoby się, by także ojciec wziął kawałek. To wyrównałoby szanse w życiu zawodowym, zwiększyło ich poczucie bezpieczeństwa zawodowego i łatwiej by się decydowały na dziecko. Sejm pełen kobiet mógłby to uchwalić.
Czy jednak nie patrzę na świat zbyt pomarańczowo? Czy męski Sejm może się samoograniczyć? Jedna z nas powiedziała pod Sejmem, że przydałby się tu młot pneumatyczny do rozbijania męskiego betonu, co było mimowolną aluzją do pamiętnej wypowiedzi bp. Pieronka o feministycznym betonie.
Ale może wystarczy subtelniejsze narzędzie - kalkulator. Który z polityków zechce znaleźć się na liście przeciwników równania szans kobiet? Może wykalkulują sobie, jak komuniści przy Okrągłym Stole, że lepiej przetrwać w lepszym świecie, niż paść w obronie gorszego.
Zobaczymy, czy koledzy (i nieliczne koleżanki) z Platformy wytłumaczą nawet marszałkowi w szczerej partyjnej atmosferze, że nie powinien narażać PO na niechęć połowy elektoratu.
Tak sobie rozmawialiśmy pod Sejmem, ciesząc się, że udało się zebrać podpisy. - Wyobraźmy sobie - powiedziała Agnieszka Graff - co by było, gdyby się nie udało. Jaka by to była kompromitacja aspiracji kobiet i całego społeczeństwa obywatelskiego.
Lepiej sobie tego nie wyobrażać.